piątek, 13 czerwca 2014

Rozdział piąty.

-Prefekt, który został w pierwszym rzędzie wybrany dla Slytherinu, w ostatnim czasie bardzo się rozchorował. Postanowiłem, że na czas jego nieobecności, przejmiesz wszystkie obowiązki, związane z tym stanowiskiem. – powiedział smętnie nauczyciel. Scorpius zaniemówił. Spodziewał się czegoś okropnego, a tu patrzcie jaka odmiana. Ha! On prefektem. Nie podejrzewałby, że to jego wybiorą na zastępstwo, bo nie należał do zbyt przykładnych i obowiązkowych uczniów. Głównym powodem jego podejścia było to, że w domu nie trzymano go na krótkiej smyczy, jak kiedyś jego ojca – Draco.
-Dobrze. Czy mam w związku z tym coś do zrobienia w tej chwili, czy mogę wrócić na zajęcia? – dopytał chłopak.
-Możesz iść. – powiedział tylko profesor i z powrotem zanurzył się w papierzyskach, leżących przed nim na biurku.

Kiedy zaklęcia dobiegły końca i Sophie wyszła z klasy, dołączyła do niej Rose.
-Gdzie ty nagle zniknęłaś po pierwszej lekcji? Miałam nadzieję, że w czasie wolnym porobimy coś razem – poskarżyła się ruda, demonstracyjnie wydymając usta.
-Przepraszam Rosie, byłam zamyślona. Po prostu zapomniałam. Poza tym udało mi się już odrobić pracę domową z historii magii. – Rose zerknęła na przyjaciółkę podejrzliwie.
-Czy ktoś rzucił na ciebie urok? – spytała śmiertelnie poważnie.
-Chciałam mieć po prostu w miarę wolne popołudnie. – usprawiedliwiła się Soph – I zobacz: udało się. Na razie nic nam nie dołożyli. – uśmiechnęła się, po czym złapała Rose pod ramię.
-Nie idźmy dzisiaj na obiad –wypaliła nagle.
-Soophie! Nie rób mi tego. –jęknęła ruda, krzywiąc się i marszcząc czoło. – Jestem głodna jak wilk.
-Ja też.
-A więc o co ci chodzi? – zdziwiła się Rose.
-A o to, żebyśmy zawinęły coś z kuchni i urządziły sobie potajemnie piknik. Jest taka piękna pogoda.. – kiedy Rose to usłyszała, jej twarz przybrała wyraz trudny do opisania. Dziewczyna miała krótki wewnętrzny konflikt pomiędzy przyjemnością, a prawem szkolnym. No, bo co będzie, jak ktoś ich zauważy? Ostatecznie jednak przystała na propozycję przyjaciółki. W końcu raz się żyje. Udały się więc ukrytym przejściem do miejsca, gdzie skrzaty przyrządzały potrawy. Gdy zauważyły nowo przybyłych gości, zleciały się do nich jak muchy, pytając, czy przypadkiem nie mogą w czymś pomóc. Dziewczyny poprosiły więc o kilka smacznych rzeczy, po czym używając zaklęcia zmniejszająco-zwiększającego wpakowały wszystko do toreb.
-Soph, chodźmy szybciej, bo zaraz umrę. – stękała Rose, której kiszki od dobrej godziny marsza grały.
-Spokojnie, jeszcze chwilka.
-Dłużej tak nie dam rady. – orzekła ruda, po czym bez ostrzeżenia złapała Sophie za rękę i puściła się biegiem w stronę błoni.

-Nie mam siły – wysapała Sophie, kiedy już dotarły na miejsce. Obie oparły ręce na kolanach ciężko dysząc. Po chwili zaczęły wypakowywać jedzenie i układać je na trawie. Kiedy wreszcie skończyły, rozsiadły się wygodnie z poczuciem, że wreszcie mogą trochę odpocząć.
-Co to był za chłopak, z którym siedziałaś na zaklęciach? – zagadnęła Rose, w przerwie między kolejnymi gryzami zapiekanki.
-Chuck. – odpowiedziała Soph. Jednak kiedy zauważyła, że przyjaciółka nadal nie wie o kogo chodzi, dodała – Taki jeden, co się do nas rok temu przypałętał na Halloween.
-Okej, chyba kojarzę – stwierdziła niepewnie Rose. Po chwili do dziewczyn przyłączyła się Zoey, ich współlokatorka.
-Co tam słychać? – zapytała, po czym podeszła do nich i dała każdej na przywitanie buziaka w policzek. – Binns dał nam dzisiaj popalić, co nie? Myślałam, że zaraz wyskoczę przez okno, jak tak nawijał i nawijał…
-Nawet gdybyś to zrobiła, to i tak Mark by cię złapał – rzuciła kąśliwie Soph, za co dostała po głowie.
-Czepiacie się mnie, bo nie potraficie sobie poradzić ze swoimi problemami. Sophie, nadal nie pojmuję twoich kłótni z Jamesem. Wszyscy widzą to, że do siebie pasujecie. Dlaczego nie jesteście parą?
-A kto ci powiedział, Zo, że ja w ogóle jestem w nim zakochana? Sama tego nie wiem. Ale proszę Was, nie zaczynajmy tego tematu, bo dopiero co udało mi się przestać o tym myśleć.
-Mam pomysł! – pisnęła Rose. – Widzicie kto siedzi po drugiej stronie jeziora? – ruda pokazała na dwóch chłopaków, którzy zawzięcie o czymś dyskutowali.
-Przecież to Albus i Scorp! – Sophie wyszczerzyła zęby w uśmiechu – Mam nadzieję, że myślimy dokładnie o tym samym, bo ja swojego pomysłu tak łatwo nie porzucę. – zapowiedziała, po czym podniosła się, zacierając ręce.
-Ruszamy! – zakomenderowała Rose. Tak więc ruszyły we trzy nieco uprzykrzyć życie dwójki Ślizgonów.

James przez całe popołudnie nie miał co ze sobą zrobić. Chodził otępiały i przybity, do nikogo się nie odzywał. Kiedy wrócił do pokoju wspólnego, po prostu rozłożył się na fotelu i rzucał drobne zaklęcia na wszystko co leżało pod ręką.
-Życie bywa ciężkie. – usłyszał znajomy już sobie głos, który dobiegał od strony kominka. Należał do fioletowowłosej dziewczyny, która dzień wcześniej otworzyła mu przejście. Siedziała na kanapie i patrzyła na trzaskający ogień. Na jej piersi widniała błyszcząca odznaka prefekta. A więc to ona nim została…
-Tak, bywa. – powiedział niechętnie Potter, zakładając ręce za głowę.
-Niestety, często z naszej winy. – powiedziała i spojrzała na chłopaka znacząco. – Powinieneś o nią zawalczyć. Ona tego chce.
-Przecież mówiła mi...
-Powiedziałam, że ona tego chce a nie, że o tym wie. To dwie różne rzeczy. – przewróciła oczami, po czym zniknęła za drzwiami prowadzącymi do dormitoriów dziewcząt.

Lily leżała w szpitalnym łóżku, przewracając się z boku na bok. Nie mogła znieść tej bezczynności. Cały czas próbowała sobie przypomnieć, co takiego stało się poprzedniej nocy, ale nadaremno. Tak jakby jakaś czarna mgła ściśle opatuliła jej umysł, nie chcąc przepuścić choć smugi wspomnienia. Na szczęście po południu wpadli do niej Bryan z Giną. Grali właśnie w pokera, kiedy Bryan wypalił:
-Wiecie, że Scorpius Malfoy został nowym prefektem Ślizgonów?
-No i co? Niech sobie nim jest, mało mnie to obchodzi – wzruszyła ramionami Lily. – Teraz wszyscy gadają tylko o tych prefektach. Bla, bla.


-Niech będzie. Nie było tematu. – powiedział chłopak, aby udobruchać nieco rudowłosą.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Rozdział czwarty.

Pierwszą lekcją Jamesa okazało się zielarstwo, za którym szczególnie nie przepadał. Poza tym, był nadal przejęty wypadkiem Lily. Rozsądek podpowiadał mu, że nie ma się czym przejmować, bo przecież nie każdej osobie, która mdleje, dolega coś poważnego. Zasłabnąć można z wielu powodów. Jednak z drugiej strony, coś mówiło mu także, że to zdarzenie jest dość niepokojące. Myślał o nim przez całe zajęcia i nie udało mu się nic wydedukować. Nieco rozdrażniony tym faktem udał się na kolejną lekcję - zaklęcia, którą mieli zaraz obok Ślizgonów. Rzucił torbą o ścianę, a sam podszedł do grupki chłopaków ze Slytherinu, którzy dyskutowali o czymś ożywionymi głosami. Wśród nich stał także Albus. James złapał go od tyłu za szatę i zaciągnął pod ścianę.
-Stary co ty wyprawiasz? - rzucił zdenerwowany Albus, który właśnie został upokorzony przed kolegami, przez to, że jego bratu zachciało się prezentowania autorytetu.
-Byłeś u Lily? - zapytał, ignorując zadane mu pytanie.
-A niby po co? - odpowiedział mu pytaniem na pytanie.
-"Niby po co"? Al, co się z tobą dzieje? - wypalił zirytowany James. Zachowanie brata doprowadzało go do szału.
- Dobra, dobra, uspokój się. Zaglądałem. Przecież nic takiego jej nie jest, o co robisz aferę? - przewrócił oczami Albus. Jednak James nie wysłuchał go do końca i w połowie jego wypowiedzi odkręcił się i poszedł. Al wzruszył więc jedynie ramionami i wrócił do kolegów. Za to James nie zamierzał już wrócić na zajęcia. Zamaszystym ruchem wziął torbę i ruszył ukrytym przejściem na błonia.

Sophie po pierwszej lekcji miała w planie czas wolny, więc postanowiła odrobić pracę domową, którą zdążono już jej zadać. Poszła więc do pokoju wspólnego, rozsiadła się w jednym z foteli i rozłożyła na stoliczku zwój pergaminu. Zaczęła powoli wodzić piórem po papierze, zgrabnie formując kolejne literki. Nawet lubiła odrabiać prace domowe. Lubiła przyjeżdżać do Hogwartu. To było jej miejsce na ziemi.
Pisanie pochłonęło ją do tego stopnia, że nie zwróciła uwagi na upływający czas. Kiedy postawiła ostatnie słowo, zwinęła zwój i z satysfakcją schowała go do torby. Zerknęła na zegarek. Mało czasu! Zaraz zaczną się zaklęcia! Ruszyła więc biegiem ku drzwiom. Nie może się spóźnić już pierwszego dnia. Kiedy tylko przekroczyła próg drzwi, omal na kogoś nie wpadła. Tym kimś okazał się oczywiście James. Nawet nie podniosła na niego głowy. Nie musiała. Poczuła jego perfumy, a to automatycznie kazało jej gapić się we własne stopy. Delikatnie go wyminęła i jak najszybciej się oddaliła, idąc dziarskim krokiem do Sali zaklęć. Nie miała zamiaru z nim rozmawiać. Na razie nie.
Na lekcję zdążyła w samą porę, akurat wszyscy wchodzili do klasy. Usadowiła się blisko okna, tak, aby w miarę ciepłe jeszcze powietrze, nieco ją rozbudziło. Po napotkaniu Jamesa czuła się dziwnie zmęczona. Do tego monotonny głos profesora Widera i przyjemny zapach starych murów Hogwartu… Sophie poczuła jak jej powieki opadają.
Zobaczyła zatęchły domek stojący w lesie. Cały krajobraz spowity był mgłą. Ona sama stała na bosaka, pod stopami czuła bardzo realistyczną wilgoć leśnego podszycia. Kiedy spojrzała w górę, ujrzała jedynie ponure, masywne konary drzew, tworzące swojego rodzaju kopułę, nad wszystkim, co znajdowało się w lesie. Słyszała głośne pomrukiwania ropuch, gdzieniegdzie w krzakach widoczny był jakiś ruch. Wokół panowała istotnie niezdrowa atmosfera. W oddali widoczne było wielkie bagno, nad którym unosiły się opary.
Nagle zobaczyła TO. Poruszało się w dziwny sposób dookoła mułu. Było całe czarne, kształtem przypominało łysego, bardzo zgarbionego człowieka o długich, szczudlastych rękach i nogach. Sophie nigdy nie widziała czegoś podobnego. Nagle TO coś się zatrzymało. Dziewczyna widziała, jak powoli odkręca swoje oblicze w jej stronę. Kiedy zorientowała się że patrzy prosto na nią, chciała rzucić się do ucieczki. Opuścić ten las i nigdy do niego nie powrócić. Niestety, nie mogła choćby kiwnąć palcem. Jakby coś ją sparaliżowało. W jednej chwili postać zniknęła. Dziewczyna usłyszała jednak nad uchem obrzydliwy, tajemniczy szept, najprawdopodobniej w innym języku. Poczuła ogromny strach i napływ rozpaczy. Niemożność ruchu wcale nie dodawała jej otuchy.
Jednak raptownie wszystko zniknęło, a ona znalazła się jakby w samym środku trąby powietrznej, w której kręciła się niemiłosiernie. Czuła, jakby ktoś ciągnął ją za sobą za rękaw.
Zaraz, naprawdę ktoś ją ciągnął za szatę. Sophie nagle wyrwała się z transu i trzeźwo spojrzała na osobę, która ją uwolniła od nieprzyjemnych wizji. Okazał się nią chłopak o brązowych, nieco dłuższych włosach i bursztynowych oczach. Miał na sobie szatę z godłem Gryffindoru. Sophie kojarzyła go z zeszłorocznej imprezy Halloweenowej. Przyłączył się wtedy do ich paczki i w sumie całkiem nieźle spędzili razem czas. Nie wiedzieć czemu, więcej do nich nie podszedł.
-Dobrze, że się wreszcie obudziłaś – szepnął. – Dosiadłem się do ciebie, jak już spałaś, więc postanowiłem cię obudzić, żebyś uniknęła nieprzyjemności ze strony Widera.
-Dzięki. Szczególnie, że nasz kochany pan profesor, potrafi dawać bardzo wyszukane szlabany. – uśmiechnęła się lekko – Bardzo cię przepraszam, ale czy mógłbyś przypomnieć mi swoje imię?
-Chuck. – odpowiedział szczerząc się. – Weźmy się już za nasze zadanie. – dodał na koniec i rozpoczęli żmudne przygotowania do zaprezentowania rezultatów przed całą klasą.
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       Scorp wkroczył za Megan do pokoju profesora pewnym krokiem. Rozejrzał się trochę po wnętrzu, ponieważ zmieniło się w nim nieco, od jego ostatniej wizyty. Co prawda nadal panował tu ten sam ponury nastrój i wciąż dawało się wyczuć ten zatęchły smród, charakterystyczny dla lochów. Scorpius podszedł powoli do biurka nauczyciela, który swoją drogą nawet nie raczył na niego spojrzeć, tylko dalej notował coś na pergaminie. Młodego czarodzieja od pierwszej klasy denerwowało to, w jaki sposób opiekun odnosił się w stosunku do innych, nawet do podopiecznych. Oczywiście, zrozumiałe było to, że mógł nieprzychylnie zwracać się do wychowawców innych domów, ale dla własnych wychowanków? Chyba coś tu jest nie tak, jak powinno. Chłopak przewrócił oczami, po czym spojrzał z zażenowaniem na nauczyciela. 
Po pewnym czasie był już do tego stopnia wzburzony, że zaczął ze zniecierpliwieniem tupać nogą, o twardą podłogę, pokrytą jakimś starym dywanem. Po co w ogóle profesor go wzywał? O co chodziło? Nagle rozległ się znudzony głos pana Noxa:
-Proszę usiąść.
-Jakby nie można było wcześniej – mruknął Malfoy pod nosem.
-Proszę? – spytał profesor, który najwidoczniej go dosłyszał.
-Mówiłem: ładną mamy dziś pogodę, to wszystko. – skłamał blondyn z cieniem ironicznego uśmieszku na twarzy. Po chwili uniósł jedną z brwi ku górze. – A więc po co pan mnie wzywał?
-No tak. Panna Megan może już wyjść. – nauczyciel spojrzał na dziewczynę, która do tej pory bez słowa stała pod drzwiami. Kiedy usłyszała głos profesora wzdrygnęła się i skinęła delikatnie głową, po czym opuściła pomieszczenie. Nox włożył na swój, troszkę zbyt duży nos prostokątne okulary i spojrzał przenikliwym wzrokiem na ucznia. Scorpius już nie wytrzymywał, musiał się dowiedzieć, o co chodzi. Przez to głupie wyczekiwanie, zaczął się poważnie zastanawiać, czy nie stało się nic złego, bo zachowanie profesora budziło niemałe podejrzenia. 

sobota, 26 kwietnia 2014

Komunikat.

Cholerka, niedługo będzie tu więcej komunikatów, niż faktycznych rozdziałów, ale muszę Wam przekazać, że - o ile ktoś to w ogóle czyta - rozdział pojawi się dopiero w środę-czwartek. Przepraszam naprawdę, ale mam teraz natłok sprawdzianów i nauki, wcześniej raczej nie da rady :(

środa, 23 kwietnia 2014

Komunikat.

Rozdział czwarty pojawi się dopiero w piątek z przyczyn niezależnych ode mnie. :( Przed świętami i w święta byłam chora, więc trochę zaległości mi się w szkole porobiło. A tak w ogóle to ostatnio miałam czaderski sen o Hogwarcie i zastanawiam się, czy nie stworzyć kolejnego bloga. Z drugiej strony to nie wiem jak wtedy będzie u mnie z czasem. No nic, zastanowię się jeszcze, a Was zachęcam do zostawienia po sobie śladu w zakładce SPAM, przeznaczonej specjalnie dla Was i do reklamowania Waszych blogów. Przesyłam całuski i pozdrowienia :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział trzeci.

Rose obudziła się rano nieco obolała, co było spowodowane prawdopodobnie tym, że najzwyczajniej w świecie spadła przez sen z kanapy. Uniosła się więc najpierw delikatnie na łokciach i sprawdziła, czy nie ma kogoś w Pokoju Wspólnym. Jednak na jej nieszczęście na jednym z foteli umieszczonych trochę dalej siedziała jakaś dziewczyna z drugiego roku i ćwiczyła zaklęcia. Rose westchnęła i zrezygnowana wstała, po czym prędko pognała do dormitorium. Zo już nie było. Pewnie znowu się gdzieś zapuściła ze swoim chłopakiem.
- Hej - Rose rzuciła w kierunku Soph, siedzącej na łóżku. A ona w odpowiedzi tylko dziwnie się na nią spojrzała. No tak. Przecież właśnie wróciła nie wiadomo skąd w samych pidżamach i rozczochranych włosach. Ruda uśmiechnęła się więc głupkowato - Zasnęłam przy książce. Wyspałaś się?
-Nawet. - odparła Sophie, wyjmując nogi spod kołdry. Przetarła ręką zaspane oczy i powiedziała - Twój kuzyn to skończony dupek. - chwilę potem wstała i zaczęła upinać włosy wysoko w luźnego koka.
-Chyba wiem o co ci chodzi. Wczoraj, podczas gdy on niósł cię na rękach, cała Wielka Sala się na was gapiła. Nie wyłączając nauczycieli. Ale nie przejmuj się. - przyjaciółka spojrzała na nią z zażenowaniem. - Naprawdę. Niedługo Hachiro znowu coś odwali i o was nikt nie będzie już pamiętał. Ale nie rozmawiajmy już o tym. Wiesz, że wczoraj Zo wróciła dopiero o pierwszej w nocy? Jeśli była wtedy z Markiem... Naprawdę nie chcę wiedzieć, co oni tak długo robili.
-Ja też. - odpowiedziała bez jakiegokolwiek zabarwienia emocjonalnego Sophie.
-A co ty taka nie w sosie dzisiaj? Mówiłam ci, nie myśl o wczorajszym zajściu. Słyszysz? - zapytała Rose niebezpiecznie się do niej zbliżając z chytrym uśmieszkiem. W pewnym momencie gwałtownie wyrwała i w dwóch susach dostała się do przyjaciółki, po czym rzuciła ją na łóżko i zaczęła łaskotać. Obie szczerze się śmiały. Soph - bo była łaskotana, a Rose, bo udało jej się w końcu ją rozśmieszyć. Po wszystkim położyły się obok siebie wciąż z szerokimi uśmiechami na twarzach, oddychając głęboko. Sophie mocno przytuliła rudowłosą.
-Dziękuję - powiedziała, po czym dźwignęła się i ruszyła w stronę łazienki niemal tanecznym krokiem. "Taka przyjaciółka to prawdziwy skarb" - pomyślała.

 Gina, bliska koleżanka Lily, bardzo się zaniepokoiła, gdy przyjaciółka wieczorem długo nie wracała. Pomyślała jednak, że może odwiedziła ona Hagrida, więc nie poszła jej szukać. Położyła się spać. Niestety. Rano, rudej nadal nie było. Gina śmiertelnie zbladła, widząc puste, nieużywane jeszcze łóżko współlokatorki. Wciągnęła więc na siebie pospiesznie szatę i zbiegła na dół po schodach, zawiadomić jednego z nauczycieli o zniknięciu dziewczyny. Kiedy była już niedaleko gabinetu, wpadła na kogoś i się przewróciła.
-Uważaj jak chodzisz.- powiedziała podenerwowana nawet nie podnosząc głowy. Dopiero jak wstała zauważyła, że przeszkodą na jej drodze okazał się Hachiro, Azjata z Gryffindoru. Znała go trochę, bo przyjeżdżał czasem na wakacje do Potterów, w trakcie, kiedy ona też tam była. Zreflektowała się więc nieco i dopowiedziała - Sorry śpieszę się. Muszę koniecznie znaleźć Lily, bo...
-Jest w Skrzydle Szpitalnym. - przerwał jej w pół zdania. - Wczoraj po kolacji przechodziłem korytarzem i usłyszałem krzyk. Pobiegłem, aby zobaczyć co się stało i zobaczyłem ją leżącą na ziemi, nieprzytomną. Próbowałem ją ocucić, ale bez skutku. Zawiadomiłem więc pielęgniarkę. - opowiedział jednym tchem, jakby podłamany.
-Ale dlaczego zemdlała? - spytała przerażona Gina. Ciarki przechodziły jej po plecach, kiedy wyobraziła sobie, co mogło spotkać jej przyjaciółkę.
-Tego nie wiadomo. Obudziła się przed chwilą, ale nie pamięta nic z wczorajszego wieczoru, od momentu, kiedy opuściła Wielką Salę. Dopiero od niej wyszedłem, żeby powiadomić jej braci. Ale Gina chyba już nie usłyszała ostatniego zdania. Tak bardzo śpieszyła się, żeby zobaczyć co i jak z Lily.

Jamesa obudziło gwałtowne walenie w drzwi. Przetarł oczy i zaspanym głosem wybełkotał:
-Proszę.
Wejście raptownie odskoczyło, a do środka wszedł przejęty Hachiro.
-Lily jest w Skrzydle. - powiedział tylko. Jednak wystarczyło to, aby James wypadł jak strzała z łóżka i przygotował się w mgnieniu oka do wyjścia.

-Idziemy.-powiedział po chwili i obaj ruszyli do wyjścia. Rozmowa jakoś się nie kleiła. Azjata wyjaśnił jedynie koledze, w jakich okolicznościach Lily trafiła pod opiekę pielęgniarki. Kiedy weszli do środka, przy łóżku chorej siedziały już Rose i Soph, które tylko patrzyły się na rudowłosą z czułością i współczuciem, ponieważ niedawno zasnęła. Chłopcy podeszli bliżej.
-To na pewno nic poważnego. Równie dobrze mogła się słabo poczuć, bo mało zjadła, a upadając uderzyła głową w posadzkę. Sądzę, że stąd są jej braki w pamięci. - powiedział niemal niedosłyszalnie James, żeby w jakiś sposób uspokoić resztę. Bo przecież patrząc na to wszystko realnie, co innego mogło się stać? Hogwart jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc na ziemi. 
-Myślę, że to najodpowiedniejszy scenariusz tego zdarzenia. - odezwał się głos tuż za nimi. Wszyscy jednocześnie odwrócili głowy. Była to oczywiście stara, dobra pani Pomfrey, która po chwili odeszła. Przyjaciele niemal się nie odzywali. W między czasie przyszedł do nich ktoś z planami zajęć i niedługo potem każde z nich , jedno po drugim, opuściło salę. 

Scorpius pierwszą lekcję miał z profesor Brown, nauczycielką eliksirów. Prościzna. Jedyny problem leżał w tym, że znowu pewnie przysiądzie się do niego Smith. Bardziej wkurzającej dziewczyny chyba nie poznał nigdy wcześniej. Kiedy wszedł do sali, w środku jak zwykle panował niemały zaduch spowodowany podgrzewaniem kociołków. Malfoy zajął miejsce na samym końcu i czekał na rozpoczęcie nudnej lekcji wprowadzającej, mówiącej o zasadach bezpieczeństwa. Na jego szczęście Megan w ogóle nie pojawiła się w klasie. Mógł więc chociaż trochę odetchnąć. Jednak, ku jego zaskoczeniu, dziewczyna wbiegła do sali w połowie zajęć i zdyszana powiedziała:
-Muszę zabrać Scorpiusa do naszego opiekuna domu. To pilne. - zaraz po tym podeszła do biurka nauczycielki, położyła na nim jakiś zwitek papieru i spojrzała na Malfoya wyczekująco.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Rozdział drugi.

James czuł się głęboko dotknięty takim obrotem spraw. Inaczej sobie to wszystko wyobrażał. Miał nadzieję, że Soph nie będzie się długo na niego gniewała. Z tą myślą ruszył w kierunku schodów. Pospiesznie wbiegł na górę i będąc już prawie u celu, zdał sobie sprawę, że nie zna nowego hasła. Zaklął pod nosem i oparł się plecami o chłodny mur obok obrazu, po czym przeczesał ręką włosy i powoli osunął się na ziemię. Kolejna wpadka. Jedyne co mu pozostało to siedzieć i czekać na kogoś, kto będzie wchodził lub wychodził. Po jakimś czasie wyjął różdżkę i zaczął się nią bawić. Nuda i uczucie, że nie może zrobić nic pożytecznego bardzo go frustrowały. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a James był coraz bardziej zdenerwowany. W końcu nie wytrzymał. Wstał i z impetem walnął pięścią w ścianę, choć tak naprawdę odkąd przyszedł, minął zaledwie niecały kwadrans. I właśnie wtedy, kiedy rozmasowywał obolałą dłoń usłyszał obojętnie wypowiedziane:
-Właź.
Odwrócił się więc w tamtą stronę. Stała tam w sumie całkiem przeciętna dziewczyna. No, oczywiście nie patrząc na włosy, które były fioletowo-różowego koloru i opadały swobodnie na ramiona. Jednak James, za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć jej imienia. Sam nie wiedział dlaczego i najwyraźniej nie chciał się nad tym zastanawiać, bo bez słowa ruszył w jej kierunku i szybko przedostał się przez otwór. Bąknął tylko na odchodnym ledwo dosłyszalne "dzięki" i nie odwracając się, pomknął do schodów prowadzących do dormitoriów, po czym wpadł do swojej sypialni i tak jak stał padł na łóżko. Niemal natychmiast zasnął.

Lily wyszła z Wielkiej Sali sama. Nie miała większej ochoty na towarzystwo, bo musiała przemyśleć kilka spraw. Była wdzięczna dziewczynom za to, że nie drążyły tematu Albusa w pociągu i zostawiły ją w spokoju. I tak by im nic nie powiedziała. Nie miała ochoty o tym mówić i na nowo roztrząsać. Poza tym to była sprawa tylko pomiędzy nią, a bratem. Nie zamierzała mieszać w to osób trzecich. Stawiając powoli i jakby ociężale stopy na kolejnych stopniach, czesała palcami włosy. W końcu odgarnęła je do tyłu i wtedy to poczuła. Jakby coś oślizgłego otarło się o jej dłoń. Gwałtownie ją cofnęła i odruchowo obróciła się dookoła z wyciągniętą przed siebie różdżką. Wiedziała, że ktoś ją obserwuje. Ten okropny moment, kiedy czujesz na sobie cudzy wzrok, po prostu podświadomie zdajesz sobie sprawę z tego, że za którymś rogiem ktoś się na ciebie czai, czeka na odpowiednią chwilę... Po chwili Lily przestała się już rozglądać na wszystkie strony, ale stała jeszcze trochę w bezruchu, nasłuchując. Wydawało jej się jakby w jednej chwili dookoła jeszcze bardziej pociemniało. Wszystko było jakby bardziej ponure niż dotychczas. Następnie powolutku, jak najciszej potrafiła, ruszyła przed siebie, chude palce cały czas kurczowo zaciskając na różdżce. Schodek po schodku. Jeszcze tylko trochę, tylko kawałek i będzie w Pokoju Wspólnym. Wśród przyjaciół. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jaką głupotę popełniła, zostając jako jedna z ostatnich na kolacji. Gina, Tom, Debby, Bryan... Wszyscy wyszli zaledwie kilka minut przed nią. Jaka z niej idiotka. Co za szczęście. Ostatni schodek. Chyba jednak wyjdzie z tego bez szwanku i niedługo będzie mogła spokojnie ułożyć się w ciepłym łóżku i zasnąć. Tak, już tak bardzo niedaleko. Ostatni zakręt. I... I rozdzierający krzyk rudowłosej, rozchodzący się w ciemnym korytarzu.

 Kiedy Rose weszła do dormitorium Sophie już smacznie spała, a Zo jeszcze nie wróciła, bo w pokoju  nie było żadnych śladów jej obecności. Ruda zgarnęła więc wszystkie potrzebne rzeczy i poszła do łazienki, żeby się umyć. Puściła niemalże gorącą wodę, bo chciała odprężyć się przed pierwszym dniem szkoły. Wykąpana, nałożyła na siebie wszystkie balsamy, maści i inne specyfiki upiększające urodę. Zawinęła mokre włosy w ręcznik, wciągnęła na siebie pidżamy i cichutko wyszła. W dormitorium odłożyła wszystkie przybory na miejsce i przygotowała szatę na następny dzień. Uporała się z tym około pierwszej w nocy. Wtedy do  sypialni wparowała Zo, która tylko pospiesznie przywitała się z koleżanką i także zniknęła za drzwiami łazienki. Rose planowała położyć się spać, ale ku swojemu zdziwieniu nie była zmęczona. Wybrała więc książkę, którą zaczęła czytać pod koniec wakacji i poszła do Pokoju Wspólnego, aby dokończyć ją przy kominku. Lektura jednak sprawiła, że powieki same zaczęły opadać i zasnęła przy niej jak małe dziecko. 

sobota, 12 kwietnia 2014

Komunikat.

!UWAGA UWAGA!

Jeśli znacie jakieś fajne blogi o Harrym Potterze, ewentualnie jakiekolwiek przygodowe, lub sami/e takowe prowadzicie to bardzo bardzo Was proszę o podanie mi linków w zakładce SPAM :)


Zwracam się z tym do Was , bo naprawdę nie mam co czytać i chętnie poznałabym jakieś nowe historie :)


Pozdrawiam :)