sobota, 26 kwietnia 2014
Komunikat.
Cholerka, niedługo będzie tu więcej komunikatów, niż faktycznych rozdziałów, ale muszę Wam przekazać, że - o ile ktoś to w ogóle czyta - rozdział pojawi się dopiero w środę-czwartek. Przepraszam naprawdę, ale mam teraz natłok sprawdzianów i nauki, wcześniej raczej nie da rady :(
środa, 23 kwietnia 2014
Komunikat.
Rozdział czwarty pojawi się dopiero w piątek z przyczyn niezależnych ode mnie. :( Przed świętami i w święta byłam chora, więc trochę zaległości mi się w szkole porobiło. A tak w ogóle to ostatnio miałam czaderski sen o Hogwarcie i zastanawiam się, czy nie stworzyć kolejnego bloga. Z drugiej strony to nie wiem jak wtedy będzie u mnie z czasem. No nic, zastanowię się jeszcze, a Was zachęcam do zostawienia po sobie śladu w zakładce SPAM, przeznaczonej specjalnie dla Was i do reklamowania Waszych blogów. Przesyłam całuski i pozdrowienia :)
wtorek, 15 kwietnia 2014
Rozdział trzeci.
Rose obudziła się rano nieco obolała, co było spowodowane prawdopodobnie tym, że najzwyczajniej w świecie spadła przez sen z kanapy. Uniosła się więc najpierw delikatnie na łokciach i sprawdziła, czy nie ma kogoś w Pokoju Wspólnym. Jednak na jej nieszczęście na jednym z foteli umieszczonych trochę dalej siedziała jakaś dziewczyna z drugiego roku i ćwiczyła zaklęcia. Rose westchnęła i zrezygnowana wstała, po czym prędko pognała do dormitorium. Zo już nie było. Pewnie znowu się gdzieś zapuściła ze swoim chłopakiem.
- Hej - Rose rzuciła w kierunku Soph, siedzącej na łóżku. A ona w odpowiedzi tylko dziwnie się na nią spojrzała. No tak. Przecież właśnie wróciła nie wiadomo skąd w samych pidżamach i rozczochranych włosach. Ruda uśmiechnęła się więc głupkowato - Zasnęłam przy książce. Wyspałaś się?
-Nawet. - odparła Sophie, wyjmując nogi spod kołdry. Przetarła ręką zaspane oczy i powiedziała - Twój kuzyn to skończony dupek. - chwilę potem wstała i zaczęła upinać włosy wysoko w luźnego koka.
-Chyba wiem o co ci chodzi. Wczoraj, podczas gdy on niósł cię na rękach, cała Wielka Sala się na was gapiła. Nie wyłączając nauczycieli. Ale nie przejmuj się. - przyjaciółka spojrzała na nią z zażenowaniem. - Naprawdę. Niedługo Hachiro znowu coś odwali i o was nikt nie będzie już pamiętał. Ale nie rozmawiajmy już o tym. Wiesz, że wczoraj Zo wróciła dopiero o pierwszej w nocy? Jeśli była wtedy z Markiem... Naprawdę nie chcę wiedzieć, co oni tak długo robili.
-Ja też. - odpowiedziała bez jakiegokolwiek zabarwienia emocjonalnego Sophie.
-A co ty taka nie w sosie dzisiaj? Mówiłam ci, nie myśl o wczorajszym zajściu. Słyszysz? - zapytała Rose niebezpiecznie się do niej zbliżając z chytrym uśmieszkiem. W pewnym momencie gwałtownie wyrwała i w dwóch susach dostała się do przyjaciółki, po czym rzuciła ją na łóżko i zaczęła łaskotać. Obie szczerze się śmiały. Soph - bo była łaskotana, a Rose, bo udało jej się w końcu ją rozśmieszyć. Po wszystkim położyły się obok siebie wciąż z szerokimi uśmiechami na twarzach, oddychając głęboko. Sophie mocno przytuliła rudowłosą.
-Dziękuję - powiedziała, po czym dźwignęła się i ruszyła w stronę łazienki niemal tanecznym krokiem. "Taka przyjaciółka to prawdziwy skarb" - pomyślała.
Gina, bliska koleżanka Lily, bardzo się zaniepokoiła, gdy przyjaciółka wieczorem długo nie wracała. Pomyślała jednak, że może odwiedziła ona Hagrida, więc nie poszła jej szukać. Położyła się spać. Niestety. Rano, rudej nadal nie było. Gina śmiertelnie zbladła, widząc puste, nieużywane jeszcze łóżko współlokatorki. Wciągnęła więc na siebie pospiesznie szatę i zbiegła na dół po schodach, zawiadomić jednego z nauczycieli o zniknięciu dziewczyny. Kiedy była już niedaleko gabinetu, wpadła na kogoś i się przewróciła.
-Uważaj jak chodzisz.- powiedziała podenerwowana nawet nie podnosząc głowy. Dopiero jak wstała zauważyła, że przeszkodą na jej drodze okazał się Hachiro, Azjata z Gryffindoru. Znała go trochę, bo przyjeżdżał czasem na wakacje do Potterów, w trakcie, kiedy ona też tam była. Zreflektowała się więc nieco i dopowiedziała - Sorry śpieszę się. Muszę koniecznie znaleźć Lily, bo...
-Jest w Skrzydle Szpitalnym. - przerwał jej w pół zdania. - Wczoraj po kolacji przechodziłem korytarzem i usłyszałem krzyk. Pobiegłem, aby zobaczyć co się stało i zobaczyłem ją leżącą na ziemi, nieprzytomną. Próbowałem ją ocucić, ale bez skutku. Zawiadomiłem więc pielęgniarkę. - opowiedział jednym tchem, jakby podłamany.
-Ale dlaczego zemdlała? - spytała przerażona Gina. Ciarki przechodziły jej po plecach, kiedy wyobraziła sobie, co mogło spotkać jej przyjaciółkę.
-Tego nie wiadomo. Obudziła się przed chwilą, ale nie pamięta nic z wczorajszego wieczoru, od momentu, kiedy opuściła Wielką Salę. Dopiero od niej wyszedłem, żeby powiadomić jej braci. Ale Gina chyba już nie usłyszała ostatniego zdania. Tak bardzo śpieszyła się, żeby zobaczyć co i jak z Lily.
Jamesa obudziło gwałtowne walenie w drzwi. Przetarł oczy i zaspanym głosem wybełkotał:
-Proszę.
Wejście raptownie odskoczyło, a do środka wszedł przejęty Hachiro.
-Lily jest w Skrzydle. - powiedział tylko. Jednak wystarczyło to, aby James wypadł jak strzała z łóżka i przygotował się w mgnieniu oka do wyjścia.
-Idziemy.-powiedział po chwili i obaj ruszyli do wyjścia. Rozmowa jakoś się nie kleiła. Azjata wyjaśnił jedynie koledze, w jakich okolicznościach Lily trafiła pod opiekę pielęgniarki. Kiedy weszli do środka, przy łóżku chorej siedziały już Rose i Soph, które tylko patrzyły się na rudowłosą z czułością i współczuciem, ponieważ niedawno zasnęła. Chłopcy podeszli bliżej.
-To na pewno nic poważnego. Równie dobrze mogła się słabo poczuć, bo mało zjadła, a upadając uderzyła głową w posadzkę. Sądzę, że stąd są jej braki w pamięci. - powiedział niemal niedosłyszalnie James, żeby w jakiś sposób uspokoić resztę. Bo przecież patrząc na to wszystko realnie, co innego mogło się stać? Hogwart jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc na ziemi.
-Myślę, że to najodpowiedniejszy scenariusz tego zdarzenia. - odezwał się głos tuż za nimi. Wszyscy jednocześnie odwrócili głowy. Była to oczywiście stara, dobra pani Pomfrey, która po chwili odeszła. Przyjaciele niemal się nie odzywali. W między czasie przyszedł do nich ktoś z planami zajęć i niedługo potem każde z nich , jedno po drugim, opuściło salę.
Scorpius pierwszą lekcję miał z profesor Brown, nauczycielką eliksirów. Prościzna. Jedyny problem leżał w tym, że znowu pewnie przysiądzie się do niego Smith. Bardziej wkurzającej dziewczyny chyba nie poznał nigdy wcześniej. Kiedy wszedł do sali, w środku jak zwykle panował niemały zaduch spowodowany podgrzewaniem kociołków. Malfoy zajął miejsce na samym końcu i czekał na rozpoczęcie nudnej lekcji wprowadzającej, mówiącej o zasadach bezpieczeństwa. Na jego szczęście Megan w ogóle nie pojawiła się w klasie. Mógł więc chociaż trochę odetchnąć. Jednak, ku jego zaskoczeniu, dziewczyna wbiegła do sali w połowie zajęć i zdyszana powiedziała:
-Muszę zabrać Scorpiusa do naszego opiekuna domu. To pilne. - zaraz po tym podeszła do biurka nauczycielki, położyła na nim jakiś zwitek papieru i spojrzała na Malfoya wyczekująco.
- Hej - Rose rzuciła w kierunku Soph, siedzącej na łóżku. A ona w odpowiedzi tylko dziwnie się na nią spojrzała. No tak. Przecież właśnie wróciła nie wiadomo skąd w samych pidżamach i rozczochranych włosach. Ruda uśmiechnęła się więc głupkowato - Zasnęłam przy książce. Wyspałaś się?
-Nawet. - odparła Sophie, wyjmując nogi spod kołdry. Przetarła ręką zaspane oczy i powiedziała - Twój kuzyn to skończony dupek. - chwilę potem wstała i zaczęła upinać włosy wysoko w luźnego koka.
-Chyba wiem o co ci chodzi. Wczoraj, podczas gdy on niósł cię na rękach, cała Wielka Sala się na was gapiła. Nie wyłączając nauczycieli. Ale nie przejmuj się. - przyjaciółka spojrzała na nią z zażenowaniem. - Naprawdę. Niedługo Hachiro znowu coś odwali i o was nikt nie będzie już pamiętał. Ale nie rozmawiajmy już o tym. Wiesz, że wczoraj Zo wróciła dopiero o pierwszej w nocy? Jeśli była wtedy z Markiem... Naprawdę nie chcę wiedzieć, co oni tak długo robili.
-Ja też. - odpowiedziała bez jakiegokolwiek zabarwienia emocjonalnego Sophie.
-A co ty taka nie w sosie dzisiaj? Mówiłam ci, nie myśl o wczorajszym zajściu. Słyszysz? - zapytała Rose niebezpiecznie się do niej zbliżając z chytrym uśmieszkiem. W pewnym momencie gwałtownie wyrwała i w dwóch susach dostała się do przyjaciółki, po czym rzuciła ją na łóżko i zaczęła łaskotać. Obie szczerze się śmiały. Soph - bo była łaskotana, a Rose, bo udało jej się w końcu ją rozśmieszyć. Po wszystkim położyły się obok siebie wciąż z szerokimi uśmiechami na twarzach, oddychając głęboko. Sophie mocno przytuliła rudowłosą.
-Dziękuję - powiedziała, po czym dźwignęła się i ruszyła w stronę łazienki niemal tanecznym krokiem. "Taka przyjaciółka to prawdziwy skarb" - pomyślała.
Gina, bliska koleżanka Lily, bardzo się zaniepokoiła, gdy przyjaciółka wieczorem długo nie wracała. Pomyślała jednak, że może odwiedziła ona Hagrida, więc nie poszła jej szukać. Położyła się spać. Niestety. Rano, rudej nadal nie było. Gina śmiertelnie zbladła, widząc puste, nieużywane jeszcze łóżko współlokatorki. Wciągnęła więc na siebie pospiesznie szatę i zbiegła na dół po schodach, zawiadomić jednego z nauczycieli o zniknięciu dziewczyny. Kiedy była już niedaleko gabinetu, wpadła na kogoś i się przewróciła.
-Uważaj jak chodzisz.- powiedziała podenerwowana nawet nie podnosząc głowy. Dopiero jak wstała zauważyła, że przeszkodą na jej drodze okazał się Hachiro, Azjata z Gryffindoru. Znała go trochę, bo przyjeżdżał czasem na wakacje do Potterów, w trakcie, kiedy ona też tam była. Zreflektowała się więc nieco i dopowiedziała - Sorry śpieszę się. Muszę koniecznie znaleźć Lily, bo...
-Jest w Skrzydle Szpitalnym. - przerwał jej w pół zdania. - Wczoraj po kolacji przechodziłem korytarzem i usłyszałem krzyk. Pobiegłem, aby zobaczyć co się stało i zobaczyłem ją leżącą na ziemi, nieprzytomną. Próbowałem ją ocucić, ale bez skutku. Zawiadomiłem więc pielęgniarkę. - opowiedział jednym tchem, jakby podłamany.
-Ale dlaczego zemdlała? - spytała przerażona Gina. Ciarki przechodziły jej po plecach, kiedy wyobraziła sobie, co mogło spotkać jej przyjaciółkę.
-Tego nie wiadomo. Obudziła się przed chwilą, ale nie pamięta nic z wczorajszego wieczoru, od momentu, kiedy opuściła Wielką Salę. Dopiero od niej wyszedłem, żeby powiadomić jej braci. Ale Gina chyba już nie usłyszała ostatniego zdania. Tak bardzo śpieszyła się, żeby zobaczyć co i jak z Lily.
Jamesa obudziło gwałtowne walenie w drzwi. Przetarł oczy i zaspanym głosem wybełkotał:
-Proszę.
Wejście raptownie odskoczyło, a do środka wszedł przejęty Hachiro.
-Lily jest w Skrzydle. - powiedział tylko. Jednak wystarczyło to, aby James wypadł jak strzała z łóżka i przygotował się w mgnieniu oka do wyjścia.
-Idziemy.-powiedział po chwili i obaj ruszyli do wyjścia. Rozmowa jakoś się nie kleiła. Azjata wyjaśnił jedynie koledze, w jakich okolicznościach Lily trafiła pod opiekę pielęgniarki. Kiedy weszli do środka, przy łóżku chorej siedziały już Rose i Soph, które tylko patrzyły się na rudowłosą z czułością i współczuciem, ponieważ niedawno zasnęła. Chłopcy podeszli bliżej.
-To na pewno nic poważnego. Równie dobrze mogła się słabo poczuć, bo mało zjadła, a upadając uderzyła głową w posadzkę. Sądzę, że stąd są jej braki w pamięci. - powiedział niemal niedosłyszalnie James, żeby w jakiś sposób uspokoić resztę. Bo przecież patrząc na to wszystko realnie, co innego mogło się stać? Hogwart jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc na ziemi.
-Myślę, że to najodpowiedniejszy scenariusz tego zdarzenia. - odezwał się głos tuż za nimi. Wszyscy jednocześnie odwrócili głowy. Była to oczywiście stara, dobra pani Pomfrey, która po chwili odeszła. Przyjaciele niemal się nie odzywali. W między czasie przyszedł do nich ktoś z planami zajęć i niedługo potem każde z nich , jedno po drugim, opuściło salę.
Scorpius pierwszą lekcję miał z profesor Brown, nauczycielką eliksirów. Prościzna. Jedyny problem leżał w tym, że znowu pewnie przysiądzie się do niego Smith. Bardziej wkurzającej dziewczyny chyba nie poznał nigdy wcześniej. Kiedy wszedł do sali, w środku jak zwykle panował niemały zaduch spowodowany podgrzewaniem kociołków. Malfoy zajął miejsce na samym końcu i czekał na rozpoczęcie nudnej lekcji wprowadzającej, mówiącej o zasadach bezpieczeństwa. Na jego szczęście Megan w ogóle nie pojawiła się w klasie. Mógł więc chociaż trochę odetchnąć. Jednak, ku jego zaskoczeniu, dziewczyna wbiegła do sali w połowie zajęć i zdyszana powiedziała:
-Muszę zabrać Scorpiusa do naszego opiekuna domu. To pilne. - zaraz po tym podeszła do biurka nauczycielki, położyła na nim jakiś zwitek papieru i spojrzała na Malfoya wyczekująco.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Rozdział drugi.
James czuł się głęboko dotknięty takim obrotem spraw. Inaczej sobie to wszystko wyobrażał. Miał nadzieję, że Soph nie będzie się długo na niego gniewała. Z tą myślą ruszył w kierunku schodów. Pospiesznie wbiegł na górę i będąc już prawie u celu, zdał sobie sprawę, że nie zna nowego hasła. Zaklął pod nosem i oparł się plecami o chłodny mur obok obrazu, po czym przeczesał ręką włosy i powoli osunął się na ziemię. Kolejna wpadka. Jedyne co mu pozostało to siedzieć i czekać na kogoś, kto będzie wchodził lub wychodził. Po jakimś czasie wyjął różdżkę i zaczął się nią bawić. Nuda i uczucie, że nie może zrobić nic pożytecznego bardzo go frustrowały. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a James był coraz bardziej zdenerwowany. W końcu nie wytrzymał. Wstał i z impetem walnął pięścią w ścianę, choć tak naprawdę odkąd przyszedł, minął zaledwie niecały kwadrans. I właśnie wtedy, kiedy rozmasowywał obolałą dłoń usłyszał obojętnie wypowiedziane:
-Właź.
Odwrócił się więc w tamtą stronę. Stała tam w sumie całkiem przeciętna dziewczyna. No, oczywiście nie patrząc na włosy, które były fioletowo-różowego koloru i opadały swobodnie na ramiona. Jednak James, za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć jej imienia. Sam nie wiedział dlaczego i najwyraźniej nie chciał się nad tym zastanawiać, bo bez słowa ruszył w jej kierunku i szybko przedostał się przez otwór. Bąknął tylko na odchodnym ledwo dosłyszalne "dzięki" i nie odwracając się, pomknął do schodów prowadzących do dormitoriów, po czym wpadł do swojej sypialni i tak jak stał padł na łóżko. Niemal natychmiast zasnął.
Lily wyszła z Wielkiej Sali sama. Nie miała większej ochoty na towarzystwo, bo musiała przemyśleć kilka spraw. Była wdzięczna dziewczynom za to, że nie drążyły tematu Albusa w pociągu i zostawiły ją w spokoju. I tak by im nic nie powiedziała. Nie miała ochoty o tym mówić i na nowo roztrząsać. Poza tym to była sprawa tylko pomiędzy nią, a bratem. Nie zamierzała mieszać w to osób trzecich. Stawiając powoli i jakby ociężale stopy na kolejnych stopniach, czesała palcami włosy. W końcu odgarnęła je do tyłu i wtedy to poczuła. Jakby coś oślizgłego otarło się o jej dłoń. Gwałtownie ją cofnęła i odruchowo obróciła się dookoła z wyciągniętą przed siebie różdżką. Wiedziała, że ktoś ją obserwuje. Ten okropny moment, kiedy czujesz na sobie cudzy wzrok, po prostu podświadomie zdajesz sobie sprawę z tego, że za którymś rogiem ktoś się na ciebie czai, czeka na odpowiednią chwilę... Po chwili Lily przestała się już rozglądać na wszystkie strony, ale stała jeszcze trochę w bezruchu, nasłuchując. Wydawało jej się jakby w jednej chwili dookoła jeszcze bardziej pociemniało. Wszystko było jakby bardziej ponure niż dotychczas. Następnie powolutku, jak najciszej potrafiła, ruszyła przed siebie, chude palce cały czas kurczowo zaciskając na różdżce. Schodek po schodku. Jeszcze tylko trochę, tylko kawałek i będzie w Pokoju Wspólnym. Wśród przyjaciół. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jaką głupotę popełniła, zostając jako jedna z ostatnich na kolacji. Gina, Tom, Debby, Bryan... Wszyscy wyszli zaledwie kilka minut przed nią. Jaka z niej idiotka. Co za szczęście. Ostatni schodek. Chyba jednak wyjdzie z tego bez szwanku i niedługo będzie mogła spokojnie ułożyć się w ciepłym łóżku i zasnąć. Tak, już tak bardzo niedaleko. Ostatni zakręt. I... I rozdzierający krzyk rudowłosej, rozchodzący się w ciemnym korytarzu.
Kiedy Rose weszła do dormitorium Sophie już smacznie spała, a Zo jeszcze nie wróciła, bo w pokoju nie było żadnych śladów jej obecności. Ruda zgarnęła więc wszystkie potrzebne rzeczy i poszła do łazienki, żeby się umyć. Puściła niemalże gorącą wodę, bo chciała odprężyć się przed pierwszym dniem szkoły. Wykąpana, nałożyła na siebie wszystkie balsamy, maści i inne specyfiki upiększające urodę. Zawinęła mokre włosy w ręcznik, wciągnęła na siebie pidżamy i cichutko wyszła. W dormitorium odłożyła wszystkie przybory na miejsce i przygotowała szatę na następny dzień. Uporała się z tym około pierwszej w nocy. Wtedy do sypialni wparowała Zo, która tylko pospiesznie przywitała się z koleżanką i także zniknęła za drzwiami łazienki. Rose planowała położyć się spać, ale ku swojemu zdziwieniu nie była zmęczona. Wybrała więc książkę, którą zaczęła czytać pod koniec wakacji i poszła do Pokoju Wspólnego, aby dokończyć ją przy kominku. Lektura jednak sprawiła, że powieki same zaczęły opadać i zasnęła przy niej jak małe dziecko.
-Właź.
Odwrócił się więc w tamtą stronę. Stała tam w sumie całkiem przeciętna dziewczyna. No, oczywiście nie patrząc na włosy, które były fioletowo-różowego koloru i opadały swobodnie na ramiona. Jednak James, za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć jej imienia. Sam nie wiedział dlaczego i najwyraźniej nie chciał się nad tym zastanawiać, bo bez słowa ruszył w jej kierunku i szybko przedostał się przez otwór. Bąknął tylko na odchodnym ledwo dosłyszalne "dzięki" i nie odwracając się, pomknął do schodów prowadzących do dormitoriów, po czym wpadł do swojej sypialni i tak jak stał padł na łóżko. Niemal natychmiast zasnął.
Lily wyszła z Wielkiej Sali sama. Nie miała większej ochoty na towarzystwo, bo musiała przemyśleć kilka spraw. Była wdzięczna dziewczynom za to, że nie drążyły tematu Albusa w pociągu i zostawiły ją w spokoju. I tak by im nic nie powiedziała. Nie miała ochoty o tym mówić i na nowo roztrząsać. Poza tym to była sprawa tylko pomiędzy nią, a bratem. Nie zamierzała mieszać w to osób trzecich. Stawiając powoli i jakby ociężale stopy na kolejnych stopniach, czesała palcami włosy. W końcu odgarnęła je do tyłu i wtedy to poczuła. Jakby coś oślizgłego otarło się o jej dłoń. Gwałtownie ją cofnęła i odruchowo obróciła się dookoła z wyciągniętą przed siebie różdżką. Wiedziała, że ktoś ją obserwuje. Ten okropny moment, kiedy czujesz na sobie cudzy wzrok, po prostu podświadomie zdajesz sobie sprawę z tego, że za którymś rogiem ktoś się na ciebie czai, czeka na odpowiednią chwilę... Po chwili Lily przestała się już rozglądać na wszystkie strony, ale stała jeszcze trochę w bezruchu, nasłuchując. Wydawało jej się jakby w jednej chwili dookoła jeszcze bardziej pociemniało. Wszystko było jakby bardziej ponure niż dotychczas. Następnie powolutku, jak najciszej potrafiła, ruszyła przed siebie, chude palce cały czas kurczowo zaciskając na różdżce. Schodek po schodku. Jeszcze tylko trochę, tylko kawałek i będzie w Pokoju Wspólnym. Wśród przyjaciół. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jaką głupotę popełniła, zostając jako jedna z ostatnich na kolacji. Gina, Tom, Debby, Bryan... Wszyscy wyszli zaledwie kilka minut przed nią. Jaka z niej idiotka. Co za szczęście. Ostatni schodek. Chyba jednak wyjdzie z tego bez szwanku i niedługo będzie mogła spokojnie ułożyć się w ciepłym łóżku i zasnąć. Tak, już tak bardzo niedaleko. Ostatni zakręt. I... I rozdzierający krzyk rudowłosej, rozchodzący się w ciemnym korytarzu.
Kiedy Rose weszła do dormitorium Sophie już smacznie spała, a Zo jeszcze nie wróciła, bo w pokoju nie było żadnych śladów jej obecności. Ruda zgarnęła więc wszystkie potrzebne rzeczy i poszła do łazienki, żeby się umyć. Puściła niemalże gorącą wodę, bo chciała odprężyć się przed pierwszym dniem szkoły. Wykąpana, nałożyła na siebie wszystkie balsamy, maści i inne specyfiki upiększające urodę. Zawinęła mokre włosy w ręcznik, wciągnęła na siebie pidżamy i cichutko wyszła. W dormitorium odłożyła wszystkie przybory na miejsce i przygotowała szatę na następny dzień. Uporała się z tym około pierwszej w nocy. Wtedy do sypialni wparowała Zo, która tylko pospiesznie przywitała się z koleżanką i także zniknęła za drzwiami łazienki. Rose planowała położyć się spać, ale ku swojemu zdziwieniu nie była zmęczona. Wybrała więc książkę, którą zaczęła czytać pod koniec wakacji i poszła do Pokoju Wspólnego, aby dokończyć ją przy kominku. Lektura jednak sprawiła, że powieki same zaczęły opadać i zasnęła przy niej jak małe dziecko.
sobota, 12 kwietnia 2014
Komunikat.
!UWAGA UWAGA!
Jeśli znacie jakieś fajne blogi o Harrym Potterze, ewentualnie jakiekolwiek przygodowe, lub sami/e takowe prowadzicie to bardzo bardzo Was proszę o podanie mi linków w zakładce SPAM :)
Zwracam się z tym do Was , bo naprawdę nie mam co czytać i chętnie poznałabym jakieś nowe historie :)
Pozdrawiam :)
Jeśli znacie jakieś fajne blogi o Harrym Potterze, ewentualnie jakiekolwiek przygodowe, lub sami/e takowe prowadzicie to bardzo bardzo Was proszę o podanie mi linków w zakładce SPAM :)
Zwracam się z tym do Was , bo naprawdę nie mam co czytać i chętnie poznałabym jakieś nowe historie :)
Pozdrawiam :)
czwartek, 27 marca 2014
Rozdział pierwszy.
Tak właśnie, to był kolejny okropny sen Sophie. Miewała je bardzo
często, ale w sumie do tej pory nie odnalazła ich źródła. Tak więc codziennie kładła się spać ze świadomością, że rano najprawdopodobniej obudzi się z potwornym bólem głowy i przerażającymi, głuchymi szeptami, otaczającymi ją z każdej strony. Na ogół po kilku minutach stan otępienia ustępował i mogła zacząć normalny dzień. Jednak to, co zobaczyła tej nocy było odmienne od tego, co działo się do tej pory. Zwykle nie pojawiał się nikt, kto wybawiłby ją z tego potwornego bólu i cierpienia. Z paraliżującego strachu. Dziwne. Nie spodziewała się wcześniej takiego zwrotu akcji, ale no cóż. Pewnie to i tak jednorazowe.
Była przecież ze swoim problemem u wielu specjalistów, ale niestety żaden nie wiedział jak jej pomóc. Jedyne, co przychodziło im do głowy to to, że z jej dolegliwościami mogą być związane wydarzenia z dzieciństwa. Nic ponad to. Kompletnie nic poza cholerną psychozą, spowodowaną wiecznym lękiem przed pijanym ojcem. Ale to już przeszłość. Teraz nie miała powodu do obaw, bo mieszkała z mamą w niezbyt dużym domku jednorodzinnym.
Po chwili rozmyślań niechętnie wygramoliła się z łóżka i spoglądając w duże, białe lustro, ustawione nieopodal, zaczęła przeczesywać palcami kręcone włosy. Nagle usłyszała głośne stukanie w szybę. Uchyliła więc lekko okno, nie chcąc wpuszczać do środka zbyt dużej ilości chłodnego, wrześniowego powietrza. Do pokoju niemal natychmiast wleciała szara, pokaźna sowa, która usadowiła się na specjalnym stojaku. Dziewczyna pospiesznie podeszła do niej i odwiązała od nóżki wiadomość napisaną na lekko zniszczonym skrawku papieru.
Była przecież ze swoim problemem u wielu specjalistów, ale niestety żaden nie wiedział jak jej pomóc. Jedyne, co przychodziło im do głowy to to, że z jej dolegliwościami mogą być związane wydarzenia z dzieciństwa. Nic ponad to. Kompletnie nic poza cholerną psychozą, spowodowaną wiecznym lękiem przed pijanym ojcem. Ale to już przeszłość. Teraz nie miała powodu do obaw, bo mieszkała z mamą w niezbyt dużym domku jednorodzinnym.
Po chwili rozmyślań niechętnie wygramoliła się z łóżka i spoglądając w duże, białe lustro, ustawione nieopodal, zaczęła przeczesywać palcami kręcone włosy. Nagle usłyszała głośne stukanie w szybę. Uchyliła więc lekko okno, nie chcąc wpuszczać do środka zbyt dużej ilości chłodnego, wrześniowego powietrza. Do pokoju niemal natychmiast wleciała szara, pokaźna sowa, która usadowiła się na specjalnym stojaku. Dziewczyna pospiesznie podeszła do niej i odwiązała od nóżki wiadomość napisaną na lekko zniszczonym skrawku papieru.
"Widzimy się na peronie. Nie spóźnij
się jak zwykle. James." - krótkie i rzeczowe, ale jakże przydatne. Sophie
kompletnie zapomniała, że dziś pierwszy dzień szkoły. Na dodatek musiała
dotrzeć na peron sama, bo mama wyjechała wcześnie do pracy. W jednej chwili wyskoczyła z pokoju, chwytając po drodze pierwsze lepsze ubrania.
Wpadła do łazienki jak torpeda i przyszykowała się do wyjścia, zostawiając po
sobie straszny bałagan. Mama pewnie będzie zła, ale nie miała czasu się tym
przejmować w takiej chwili. Zbiegła pospiesznie na dół, chwyciła tosty, które już trochę na nią czekały i, przy okazji omal nie wywracając się na
korytarzu, ponownie wbiegła do sypialni, aby jednym ruchem zgarnąć wcześniej spakowany kufer.
Właściwie, to jej przygotowania zawsze wyglądały właśnie tak. Rzadko się zdarzało, żeby wyrobiła się z czymś wcześniej. W każdym razie była już na tyle wprawiona, że po kilku minutach, gotowa zamykała drzwi od domu. Wsiadła do Błędnego Rycerza i pojechała prosto na stację. Na szczęście nie spóźniła się jeszcze, bo spostrzegła z daleka Lily przechodzącą z kilkoma koleżankami przez przejście. Nie goniła ich. Na spokojnie zaszła na miejsce, żeby w końcu usadowić się wygodnie w pustym przedziale pociągu Londyn-Hogwart. Do odjazdu pozostało jeszcze kilka minut. Wyciągnęła więc z bagażu książkę i zagłębiła się w lekturze. Nie zauważyła nawet otwierających się drzwi, toteż bardzo się przestraszyła, gdy poczuła oplatające ją ręce i usłyszała wykrzyczane prosto do jej ucha:
Właściwie, to jej przygotowania zawsze wyglądały właśnie tak. Rzadko się zdarzało, żeby wyrobiła się z czymś wcześniej. W każdym razie była już na tyle wprawiona, że po kilku minutach, gotowa zamykała drzwi od domu. Wsiadła do Błędnego Rycerza i pojechała prosto na stację. Na szczęście nie spóźniła się jeszcze, bo spostrzegła z daleka Lily przechodzącą z kilkoma koleżankami przez przejście. Nie goniła ich. Na spokojnie zaszła na miejsce, żeby w końcu usadowić się wygodnie w pustym przedziale pociągu Londyn-Hogwart. Do odjazdu pozostało jeszcze kilka minut. Wyciągnęła więc z bagażu książkę i zagłębiła się w lekturze. Nie zauważyła nawet otwierających się drzwi, toteż bardzo się przestraszyła, gdy poczuła oplatające ją ręce i usłyszała wykrzyczane prosto do jej ucha:
-Tak bardzo tęskniłam!- była to oczywiście
Rose. Sophie odruchowo także ją uścisnęła, po czym rudowłosa opadła z
westchnieniem na siedzenie obok. - Mam Ci tyle do opowiedzenia... - dodała po
chwili.
-No, to na co czekasz? - ponagliła ją,
odkładając książkę. - Mów. - dopowiedziała z promiennym uśmiechem Soph.
-Po pierwsze, moja mama się zgodziła,
żebyś przyjechała do nas na całe ferie świąteczne. Po
drugie...
-Rose! - zaśmiała się, przerywając jej w
pół zdania. - Dopiero zaczął się rok szkolny, a ty już wypytujesz mamę o
święta? - spojrzała na nią z niedowierzaniem.
-Nie mogłam się doczekać, to wszystko! No
więc, dowiedziałam się, że Puchoni rozmawiają o tym, żeby Lily
dołączyła do reprezentacji domu w quidditcha. Jest tylko jeden problem:
ona nie będzie chciała się zgodzić, bo twierdzi, że jest beznadziejna. Soph,
przecież wiesz, że tak nie jest! Musimy jakoś ją do tego zmusić.
-To będzie trudne. Wiesz, że ona z reguły
nie zmienia zdania.
-Tak, ale jeśli nam się nie uda, to ona chyba już nigdy w siebie nie uwierzy. Quidditch to dla niej ogromna szansa, żeby się sprawdzić i podnieść trochę samoocenę. Nie mogę już słuchać tych bzdur, że się do niczego nie nadaje. Mam nawet pewien pomysł.
-Pomysł na co? - odezwał się cienki
głosik. To była Lily. Obie dziewczyny z raptownie zwróciły głowy w
jej kierunku.
-Na prezent dla Albusa. - zaimprowizowała bez mrugnięcia okiem Sophie. - Niedługo ma urodziny.- Na te słowa Lily jakby spochmurniała. - Coś
się stało? - zapytała, zauważając nagłą zmianę na twarzy przyjaciółki.
-Nie, nie, nic takiego. Może już pójdę. -
ucięła szybko i pół sekundy później faktycznie już jej nie było.
-Co ten bałwan jej znowu zrobił? - westchnęła Rose.
-Nie wiem, ale najwyraźniej Lily nie chce
o tym gadać. Dajmy jej czas, jak będzie chciała to na pewno nam powie, o co chodziło.
-Niech ci będzie. Ale jeśli to coś
naprawdę okropnego to mu nie daruję.
Reszta podróży minęła względnie spokojnie.
W między czasie do dziewczyn wpadł James, później Tony - chłopak z Ravenclawu,
któremu wyraźnie podobała się Sophie. Niestety bez wzajemności, więc nie
zabawił w ich przedziale zbyt długo.
Kiedy dotarły do Wielkiej Sali, usiadły na
swoim ulubionym miejscu. Naprzeciwko nich siedział James i jego przyjaciele -
Mark i Ed.
-Jak minęły ci wakacje Sophie? - zagadnął
James.
-Dobrze - odparła krótko, nawet na niego
nie zerknąwszy. - Ałaa! James, do cholery, co ty wyprawiasz? - krzyknęła w
chwilę potem, rozmasowując kostkę, w którą przed chwilką oberwała od niego.
-Podrywam cię, nie zauważyłaś jeszcze? -
zapytał spokojnie.
-Niespecjalnie. - powiedziała lekko
zniesmaczona, grzebiąc dalej w talerzu. Reszta przyjaciół wesoło rozmawiała,
jednak ona nie brała w tym udziału. James zauważył jej milczenie. Długo się jej
przyglądał, zastanawiając się co ją tak gnębi. Świadomość, że jest jej przykro,
nie dawała mu spokoju. Do tego za każdym razem, gdy na nią spojrzał lub chociaż
w najmniejszym stopniu dotknął, stado motyli rozpoczynało przyjemny taniec w
jego brzuchu. Czuł się tak przy niej, mniej więcej od połowy zeszłego roku. Najprawdopodobniej
pierwszy raz zdarzyło mu się to wtedy, kiedy ona idąc korytarzem tak strasznie
się go przestraszyła, że odruchowo strzeliła w niego oszałamiaczem. Oczywiście,
zaskoczył ją naumyślnie. Wiedział którędy idzie dzięki Mapie Huncwotów. Wystarczyło
mu więc jedynie w odpowiednim momencie wyskoczyć zza rogu. Sophie po tym
zdarzeniu bardzo się przejęła. Na okrągło wypytywała, czy nie skrzywdziła go w
żaden sposób, czy nic go nie boli. Słodkie to było. I bardzo miłe.
A teraz ta sama osóbka siedziała, smętnie
przerzucając ziemniaki z jednej, na drugą stronę talerza. Nie mógł pozwolić się
jej zadręczać. Wstał więc od stołu i bez słowa ruszył w kierunku wyjścia.
Naturalne jednak, że rzeczywiście nie wyszedł. Wmieszał się w tłumek, który
planował opuszczenie sali i, okrążając stół Gryfonów, znalazł się zaraz za
Soph. Nie czekając, złapał ją w pół i przerzucił sobie przez ramię. Ona -
zaskoczona - z początku nie zareagowała. Jednak po chwili, gdy już się
zorientowała co przed chwilą zrobił, zaczęła bić go rękami po
plecach, zarumieniona aż po cebulki włosów.
-Spokojnie, mała. Nie wyrywaj się tak. -
uspakajał ją, chociaż i tak nie przyniosło to żadnych rezultatów. A więc szedł
najzwyczajniej w świecie przez korytarz, czując na plecach oniemiałe spojrzenia
przyjaciół.
-Puszczaj mnie! - krzyknęła zrozpaczona
Soph. On nie odpowiedział. Szedł tak jak
wcześniej, nawet nie drgnąwszy. Zatrzymał się dopiero, jak doszedł do ślepego
zaułka. Postawił ją wtedy na ziemię.
-James! Co to miało być? - spytała zszokowana.
Czuła w tamtej chwili jak krew napływa jej do twarzy. - Jak mogłeś? Wiesz, że nie znoszę sytuacji, kiedy wszyscy się na
mnie patrzą! Ty skończony kretynie! A, no tak.. Wiesz, ale nie umiesz przyjąć tego do wiadomości, bo
jesteś taki pewny siebie i do głowy ci nie przychodzi, że ktoś może być inny od
ciebie! Zepsułeś mi już pierwszy dzień szkoły. Więc powiedz mi, co dalej? Tak
ma wyglądać następne 10 miesięcy? Dziękuję bardzo. Miałam nadzieję, że przez te wakacje chociaż trochę wydoroślałeś. A teraz proszę, daj mi już święty spokój... - powiedziała na koniec lekko podłamanym głosem, odwróciła się
na pięcie i poszła, zostawiając go z wcale niewesołą miną. Znowu zawiódł na
całej linii. A miało być tak pięknie.
czwartek, 20 marca 2014
Prolog.
Słyszę krzyk, choć nie do końca jestem pewna, czy wydobywa się z mojego gardła. Czuję paraliż przeszywający moje ciało, ale jest on na tyle odległy, że zastanawiam się, czy nie jestem w drodze do innego świata. Przez łzy, które cały czas na nowo wypełniają moje oczy, nie jestem w stanie zweryfikować, gdzie dokładnie się znajduję. To uczucie doprowadza mnie do rozpaczy. Do tego moje nogi i ręce oplecione są ciasno skórzanymi paskami, przez co nie mogę się ruszyć, mimo, że bardzo bym tego chciała. Co kilka sekund wstrząsają mną przeraźliwe dreszcze. Nie łudzę się nawet, że szybko się zakończą. Wiem, że to niemożliwe. Z mojego czoła spływają stróżki potu. Krzyk wydaje się być coraz głośniejszy. Zdaje się, że moja głowa niebawem eksploduje. Wyrywam się z coraz to większą mocą, jednak przez to jestem słabsza. Tracę nadzieję na ratunek. I wtedy raptownie znika wszystko. Wszystkie moje katusze nie mają znaczenia, kiedy czuję chociażby skrawek jego przy sobie, kiedy zdaję sobie sprawę, że jest blisko. Naprawdę blisko. Wtedy nic się nie liczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)